Gdzie dwóch zawodzi,tam Garnett korzysta

 Miały być emocje, i były emocje. Gdybym został wybudzony z , wieloletniej, hibernacji, śmiało spytałbym, czy to jest jeden z meczów finałowych. Może brakowało licznych wsadów i seryjnie zdobywanych punktów. W zamian kibice zebrani w TD Banknorth Garden, otrzymali twardą grę, z dobrą defensywą.

 Przez pierwsze dwie kwarty Celtics kontrolowali wynik spotkania. Prowadzili nawet 12 punktami (początek drugiej kwarty). Cavs do głosu doszli dopiero, w połowie trzeciej części spotkania. Dzięki celnym osobistym Ilgauskasa (22 punkty, 12 zbiórek), Cavs wyszli na jednopunktowe prowadzenie. Dało to im impuls do trzymania się blisko gospodarzy. I było blisko. Na 39 sekund przed końcem spotkania, LeBron James wszedł pod kosz (James może mówić o pechu, bo w całym spotkaniu miał kilka takich sytuacji, gdzie brakowało szczęścia). Piłka zaczęła skakać po obręczy, wreszcie z niej wypadła. Na miejscu był Ilgauskas, który dobijając dał Cavs remis 72 – 72. Kilkanaście sekund później Kevin Garnett (28 punktów), wchodzi pod kosz i jest 74 – 72 dla C's. LeBron w odpowiedzi nie trafia. James Posey staje na linii rzutów wolnych, trafiając oba rzuty. Jest 76 – 72. James znowu rzuca, i znowu nie trafia. Spotkanie kończy się wynikiem 76 – 72. Król zakończył mecz, notując 12 punktów, 9 asyst oraz 9 zbiórek. I 10 strat! Prawie wyszło quadruple-double.

 Ray Allen i Paul Pierce, również nie mają się z czego cieszyć. W sumie trafili dwa rzuty na osiemnaście podejśc. Trafili to zbyt huczne słowo, bo tylko Pierce trafiał. Allen przez cały mecz bez punktów, a probował rzucać za dwa ( 0 – 4 ) i za trzy ( 0 – 3 ) punkty.

 Mecz numer dwa już w czwartek. Celtics wygrali piąty mecz, pod rząd, we własnej hali (oczywiście mowa tutaj o meczach w PO). Żeby wygrać to spotkanie, Allen i Pierce muszą grać lepiej. Chyba, że Doc Rivers liczy na tajną broń, w postaci Sama Cassella (13 punktów).