Podcast Specjalny Live #148

Razem z Karolem rozmawiamy o wznowieniu rozgrywek NBA i przedstawiamy drugi odcinek Najlepszych Piątek Dwudziestolecia NBA by Tissot!

Zapraszamy na nasz Patronite (https://patronite.pl/podcastspecjalny) i na TipAndDonation (https://tipanddonation.com/ps) gdzie możecie wspierać Podcast Specjalny!

Rozpiska:

1:06 – start

1:27 – „newsiki”

15:36 – Najlepsze Piątki Zespołów NBA w latach 2000 – 2020 by Tissot cz.2

43:52 – pytania od Was

Podcast Specjalny™ dostępny na:

▶ Facebook: https://www.facebook.com/podcastspecjalny/
▶ Instagram: https://www.instagram.com/podcastspecjalny/
▶ iTunes(♫): http://apple.co/2hxZdTT
▶ Spotify(♫): https://sptfy.com/1amG
▶ Soundcloud(♫): https://soundcloud.com/podcastspecjalny
▶ Podcast (♫ mp3♫): http://www.podcastgarden.com/podcast/specjalny

Sklep Podcastu Specjalnego™:
▶ Wlepki – https://swiatkoszykowki.com/wlepy
▶ Ciuchy – https://www.koszulkazpomyslem.pl/podcastspecjalny

Podcast Specjalny Live jest sponsorowany przez szwajcarską markę Tissot – oficjalnego chronometrażystę ligi NBA!

#ThisIsYourTime #OfficialTimekeeeper

Mr. Superstat – Harvey Pollack

Kilka kliknięć i wiemy wszystko – tak wygląda obecny świat statystyk w NBA. Kilka sekund dłużej zajmuje dowiedzenie się, skąd, kiedy i w jaki sposób dany gracz zebrał piłkę czy też oddał niecelny rzut. Wyłuskanie zaawansowanych statystyk zajmuje maksymalnie minutę. Jednak kilkadziesiąt lat temu nie było to takie proste, a przede wszystkim nie tak popularne jak dziś. W znacznej mierze to zasługa bohatera drugiego wydania Świata koszykówki – Harveya Pollacka.

W pionierskich czasach NBA nikt specjalnie nie przywiązywał wagi do liczb i matematyki. Oczywiście kluby miały swoich ludzi, którzy zajmowali się statystykami, lecz były one traktowane po macoszemu. Wszystko do momentu, gdy powracający z frontu absolwent Temple University dostał szansę pracy w jednym z klubów ligi BAA.

Harvey Pollack od wczesnych lat interesował się koszykówką. Nie należał do ludzi obdarzonych szczególnym talentem do tego sportu, jednak robił, co mógł, żeby robić to, co kocha. Jak się później okazało występy w reprezentacji szkoły średniej Simon Gratz były największym osiągnięciem w jego karierze zawodnika. Po zdaniu matury Pollack postanowił kontynuować swoją edukację na Temple University. To właśnie na tej uczelni odkrył, że koszykówka skrywa wiele tajemnic i niekoniecznie trzeba być utalentowanym graczem, żeby je odkryć. Już na pierwszym roku Harvey postanowił powalczyć o angaż na stanowisko menadżera uczelnianej drużyny. Pracę tę otrzymał i jego głównym zajęciem podczas spotkań było czuwanie nad prawidłowym liczeniem wyniku meczu.

„To było proste, ale chciałem zrobić coś więcej i spytałem trenera, czy mogę liczyć nie tylko podstawowe statystyki. Zgodził się i zacząłem notować liczbę rzutów z gry, procent celnych rzutów z gry i rzutów osobistych, zbiórki, asysty, bloki itd. Teraz myślę, że właśnie ten moment zaważył nad tym, co chcę robić w życiu” – wspominał w 2002 roku Pollack.

Dzięki pracy Harveya Pollacka TU byli jedyną drużyną z tzw. Big 5 w NCAA, która zajmowała się zbieraniem i analizowaniem tego typu danych. Kierunek studiów Pollacka, czyli statystyka, znacznie ułatwiał pogodzenie nauki z pracą dla drużyny. Jednak po ukończeniu studiów kariera Pollacka musiała poczekać. Służba wojskowa podczas II wojny światowej zabrała mu niemal dwa lata, jednak prawie tydzień po wyjściu do cywila udało mu się dostać pracę w gazecie „Philadelphia Bulletin” na stanowisku dziennikarza sportowego. To dzięki tej pracy i kilku dorywczym zajęciom Pollack mógł rozpocząć studia magisterskie na Temple University, by z czasem dostać pracę statystyka w Big 5.

Podczas jednego z klasyków Big 5 odbywających się w Convetion Hall Pollack wpadł w oko Eddiemu Gottliebowi. Gottlieb był trenerem i głównym menadżerem Philadelphia Warriors w raczkującej lidze BAA. Pionier z zakresu budowy organizacji sportowej szukał innego pioniera na stanowisko statystyka i szefa kontaktu z mediami.

Gottlieb był znanym promotorem koszykówki w Philadelphii. Od 1917 roku jego South Philadelphia Hebrew Association było bardzo liczącą się organizacją na koszykarskiej mapie wschodniego wybrzeża USA. Po dwóch sezonach w American Basketball League Gottlieb wiedział, że Philadelphia ma olbrzymią szansę, by zaistnieć w koszykarskim świecie. Powstająca latem 1946 roku liga Basketball Association of America zapowiadała się lepiej niż ABL w swoich początkach. BAA miało być też lepszą alternatywą dla istniejącej już blisko dekadę National Basketball League.

Jednak aby ten projekt trwał jak najdłużej, Gottlieb potrzebował nie tylko dobrego składu, ale też solidnego zaplecza. Jedno z ogniw mających stworzyć potęgę stanowił Harvey Pollack. Początki nie były łatwe, bo koszykówka nie była jeszcze tak popularna jak teraz, ale nowy pracownik działu mediów Warriors nic sobie z tego nie robił i cały czas wchodził na wyższy poziom. Przez pierwsze dwa sezony Pollack dopracowywał do perfekcji protokoły meczowe i wrzucał coraz to nowe elementy do przed- i pomeczowych prezentacji. Wyglądało to trochę jak rzucanie pereł przed wieprze, bo nie aż tak popularna BAA dalej prowadziła nierówny bój z hokejem na lodzie chociażby w sferze wynajmu odpowiednich obiektów. To wyraźnie odbijało się na zainteresowaniu kibiców. Mimo wszystkich trudności Warriors zdobyli mistrzostwo w sezonie inauguracyjnym, w drugim przegrali w finałach.

W 1949 roku Pollack stanął przed nowym wyzwaniem. BAA i NBL połączyły się w National Basketball Association. Nowa organizacja miała przejąć historię BAA, dlatego też za datę rozegrania pierwszego meczu NBA bierze się pierwsze spotkanie ligi BAA, czyli Huskies vs Knicks. To była dla Pollacka doskonała okazja do rozwinięcia skrzydeł, co z czasem zaowocowało awansem na szefa działu mediów. Dzięki niemu sztab statystyków urósł do kilkunastu osób.

Blisko dekadę później w Warriors pojawił się Wilt Chamberlain i Pollack czuł się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Występy Wilta pozwoliły usprawnić niektóre kategorie statystyczne lub wprowadzić nowe, a przede wszystkim oglądać jednego z najlepszych koszykarzy w historii. Pollack był odpowiedzialny m.in. za tworzenie tzw. play-by-play w legendarnym występie „Szczudła”. To właśnie Pollack jest pomysłodawcą fotografii, na której Wilt trzyma kartkę papieru z napisem „100”.

Gottlieb sprzedał Warriors w 1962 roku, a drużyna przeniosła się do San Francisco (w 1971 roku zespół zmienił nazwę na Golden State Warriors i przeprowadził się do Oakland). Pollack dostał propozycję, by pójść za drużyną, jednak postanowił pozostać w Filadelfii. Rok później dwóch szkolnych kolegów z Południowej Filadelfii, Irv Koslof i Ike Richman, postanowiło wykorzystać nadarzającą się okazję i kupiło Syracuse Nationals, by natychmiast przenieść ten klub do Filadelfii. Tak powstało Philadelphia 76ers.

Pollack bardzo szybko wszedł w struktury klubu i organizował stale powiększający się sztab trenerski. Jego praca została oficjalnie doceniona dopiero na początku lat 70., kiedy to NBA postanowiła wprowadzić do swoich statystyk zbiórkę w obronie i ataku, przechwyt i blok. Nikt nigdy tego dokładnie nie dokumentował, jednak jak twierdzi wielu, to zasługa pracy Harveya. Pollack liczył w swoich statystykach wszystkie te kategorie od dawna. Dla przykładu – podział zbiórek na ofensywne i defensywne zrobił już w latach 40.

W kolejnych latach Pollack dalej dzielił pracę mediowca i naczelnego statystyka Sixers. Jego Harvey Pollack’s NBA Statistical Yearbook, który miał być klubowym eksperymentem, stał się standardem wśród tego typu opracowań. Początkowo praca miała 24 strony obejmujące główne dane historyczne drużyny oraz wszystko na temat obecnego składu. Po kilku latach pojawiły się dane dotyczące zespołów z NBA i trudno było zamknąć cały materiał w jednym pokaźnym tomisku.

W 1987 roku Harvey dostał posadę szefa departamentu statystycznego 76ers i poświęcił się bez reszty koszykarskiej matematyce. Do zespołu statystyków dołączył oczywiście jego syn Ron, który już od lat pracował z ojcem, oraz wnuk Brian. W tym samym czasie Pollack wraz z częścią swojej załogi z 76ers zaczął zajmować się obsługą statystyczną drużyn futbolowych i koszykarskich na kilku uczelniach w USA, również na swojej Alma Mater – Temple University. Pollack pracował również dla Baltimore Colts (NFL).

Pomimo zaawansowanego wieku Pollack był aktywny praktycznie do dnia swojej śmierci. Ostatniego dnia 2014 roku uległ wypadkowi samochodowemu. Obrażenia były na tyle poważne, że po wielu operacjach jego stan był wciąż krytyczny. 23 czerwca 2015 roku władze Sixers powiadomiły opinię publiczną o śmierci Pollacka.

Pollack stworzył podwaliny tego, co dziś nazywamy zaawansowanymi statystykami. Ten zbiór liczb ubranych w przeróżne algorytmy to nie tylko matematyczna błyskotka służąca do udowodnienia, kto jest lepszy lub gorszy w danym aspekcie gry, lecz także bardzo skuteczny sposób na ocenę zawodnika i znalezienie jego mocnych i słabych stron. Pollack interesował się również innymi dyscyplinami, np. z hokeja zapożyczył współczynnik +/- dla graczy przebywających na parkiecie. Ze względu na Larry’ego Browna wprowadził +/- dla wszystkich zawodników.

To dzięki jego wizji świat matematycznej analizy tego sportu zmienił się nie do poznania. Polak przez prawie 70 lat sprawował funkcję kronikarza NBA, biorąc aktywny udział w usprawnianiu matematycznej strony koszykówki. A co najważniejsze, był świadkiem narodzin najlepszej ligi świata.

Nie ma chyba lepszego podsumowania kariery Harveya Pollacka niż wypowiedź Scotta O’Neila (CEO 76ers) w dniu, w którym dowiedział się o jego śmierci: „On nigdy nie był zawodnikiem, ale jest w gronie osób, które zmieniły NBA, jak również postrzeganie koszykówki. On dosłownie odkrył ten sport na nowo!”.

Tekst ukazał się w magazynie Magic Basketball . Publikacja za zgodą redakcji.

Vince Boryla – Pierwszy czy nie?

Podczas wyprawy do Paryża udało mi się porozmawiać z kilkoma ciekawymi postaciami bezpośrednio związanymi z NBA. Wśród nich był Kiki VanDeWeghe (wiceprezydent ds. operacji koszykarskich w NBA a.k.a. człowiek od kar w NBA), które udało mi się zaczepić w korytarzu wiodącym na parkiet hali AccorHotels Arena. Dosłownie kilka minut przed pierwszym gwizdkiem Bucks – Hornets ucięliśmy sobie małą pogawędkę.

Tematem przewodnim rozmowy były oczywiście sprawy teraźniejsze, tj. jak to jest wlepiać kary graczom NBA, z którymi nie do końca Kiki prywatnie się zgadza. Jak powiedział z uśmiechem na ustach, taryfikator ustala ten facet w okularach”. Kiki tylko wprowadza go w życie.

Zagaiłem również na temat GM Nuggets polskiego pochodzenia Vince’a Boryla, który wytransferował Kiki’ego VanDeWeghe do Portland Trail Blazers. Spytałem, jak wspomina on tamto wydarzenie, które wtedy wydawało się karkołomnym błędem. W odpowiedzi usłyszałem:

Bolało, ale patrząc na to z perspektywy czasu, był to świetny ruch. Dla Nuggets to dalej wspominana postać”

VanDeWeghe spytał mnie, jak wygląda pamięć o VB w Polsce. Odpowiedziałem, że jest. Nie chciałem już wspominać, że jestem autorem prawdopodobnie pierwszego materiału o VB. Zero chwalenia się, ale to wielka szkoda, że postać, być może pierwszego Polaka w NBA w dodatku grającego w pierwszym meczu gwiazd jest nie tyle, co zapomniana, co nieznana. Dlatego zapraszam do lektury!

Vince Boryla – drugi Polak w NBA?

źródło: Denver Post

Latem 2013 roku najgorętszym newsem w Polsce związanym z NBA była informacja o zatrudnieniu Rafała Jucia na stanowisku międzynarodowego skauta Denver Nuggets. Rafał został najmłodszym skautem w historii NBA i do dziś pracuje dla drużyny. Nie jest jednak pierwszą osobą z polskim rodowodem związaną z Samorodkami z Kolorado.

Wincent Józef Boryla urodził się 11 marca 1927 roku w East Chicago w stanie Indiana. Od najmłodszych lat przejawiał wiele sportowych zainteresowań, jednak koszykówka była jego ulubioną dyscypliną. Członkowie rodziny nawet żartowali, że to efekt doskonałego połączenia genów rodziców. Vincent Stanley Boryla zajmował się murarstwem i delikatnie mówiąc, był słusznej postury – dysponował siłą fizyczną wyrobioną przez lata pracy w zawodzie. Matka chwytała się każdego zajęcia, które wspomogłoby domowy budżet. Taka mieszanka genów zapowiadała świetnego sportowca.
Ta przepowiednia zaczęła się realizować już w Washington High School, w której Boryla grał znaczącą rolę. Jego występy dla lokalnych Senators zagwarantowały mu spore zainteresowanie ze strony szkół wyższych. Wybrał Notre Dame, w której jako debiutant został rekordzistą w kategorii zdobytych punktów w historii programu. Jego występy przerwała służba wojskowa, jednak to właśnie tam zakochał się w Kolorado.

W latach 1946–48 Boryla służył w siłach powietrznych USA i stacjonował w bazie Lowry Field w Denver. Podczas swojego pobytu w wojsku został członkiem Denver Nuggets, którzy występowali w Amateur Athletic Union jako 100-procentowi amatorzy (zawodnicy pracowali dla firm sponsorujących drużyny lub pracowali na etat, grając w wolnym czasie). Nuggets z Borylą, Ace’em Gruenigiem i grającym trenerem Jackiem McCrackenem szybko stali się diamentem amatorskiego sportu. Jak twierdzą lokalni historycy, to właśnie ci niezawodowi Nuggets z lat 1946–50 powinni być traktowani jako protoplaści dzisiejszego klubu.

Po zakończeniu służby wojskowej rodzice starali się wywrzeć na synu presję, by powrócił do rodzinnego stanu. Wspomagała ich w tym uczelnia Notre Dame, która wysyłała listy przypominające o powrocie na studia. Boryla nie chciał sprawiać nikomu przykrości, a na pewno nie rodzicom, ale Kolorado stanowiło dla niego błyszczący samorodek koszykówki. Dla Vince’a wybranie go do kadry USA na igrzyska olimpijskie w Londynie było zatem niczym zbawienie – pozwoliło uciec od presji i bardziej zastanowić się nad swoją przyszłością. USA wygrały turniej koszykówki bez najmniejszych problemów, z Londynu przywiozły złoty medal.

Kilka tygodni później Vince zdecydował, że pozostanie w Kolorado, i zapisał się na University of Denver, w którym pokazał znaczny progres w porównaniu z jego i tak niezłymi występami w Notre Dame. Notujący prawie 19 punktów na mecz „Vinnie” został wybrany do najlepszej piątki graczy uniwersyteckich w 1949 roku. Jego rzut z dystansu był bardzo dobry, a leworęczny hak – nie do zatrzymania. Boryla już w szkole średniej zauważył, że więksi obrońcy i gracze dysponujący większym zasięgiem ramion mają potężny problem, by zablokować taki rzut. Wówczas zawodnik o wzroście 196 centymetrów, który opanował takie zagranie, był jak Stephen Curry w gazie rzucający 15 celnych trójek z 10. metra. Gracze pokroju George’a Mikana byli rzadkością i z marszu dominowali przeciwników.

Tuż po zakończeniu studiów Boryla starał się o angaż w ABA, jednak nie został wskazany w drafcie. Wszyscy jego koledzy z NCAA zostali wybrani, a na liście 75 zawodników nigdzie nie widniało jego nazwisko. Dopiero kilka dni po zakończeniu draftu Boryla dostał kontrakt w New York Knicks.

(Tutaj warto wspomnieć o innym polskim akcencie. Nasz pierwszy Polak w NBA, czyli Lee Knorek, oficjalnie zakończył swoją grę w barwach Knicks 8 grudnia 1949 roku, kiedy to klub sprzedał go do Baltimore. Knorek rozegrał w Bullets mecz i został podejrzany o symulowanie kontuzji. Postać Vince’a Boryli doskonale pasuje jako kontynuacja polskiej karty historii w annałach NBA).

Boryla był jednym z pięciu debiutantów występujących w barwach NYK. Szybko wkomponował się w plan ofensywny trenera Joe Lapchika. Teraz powiedzielibyśmy, że ówczesne Knicks to plusowa drużyna, która ma dobry balans ataku z obroną. Plan Lapchika zmusił Borylę do zmiany pozycji, co wzbudziło wiele obaw. To w polu trzech sekund Boryla czuł się najlepiej, to tam zaskakiwał przeciwnika swoim kąśliwym hakiem z lewej ręki.

Jednak ta zmiana wyszła naszemu rodakowi na dobre. Boryla stał się ważnym trybem w maszynie trenera Lapchika. Dzięki swojej sile fizycznej i nieustępliwości w walce na zbiórce zyskał przezwisko „Moose”. VB rozegrał w sumie pięć sezonów w Knicks – zagrał w pierwszym meczu gwiazd NBA (1951) oraz wystąpił w dwóch finałach NBA (1951, 1953). Jego kariera dobiegła końca w 1954 roku za sprawą kontuzji lewego nadgarstka.

źródło: NBA History @ Twitter

Rok później Boryla chciał spróbować swoich sił jako trener i został głównym szkoleniowcem Knicks. Niestety w ciągu trzech sezonów pracy drużyna nie awansowała do play-offów. Po 165 spotkaniach Boryla zrezygnował z funkcji trenera.

„Czułem, że jako generalny menadżer mogłem spełnić się bardziej niż jako trener. Może to przez mój wiek, bo miałem wtedy dopiero 29 lat. Jeszcze jako zawodnik Knicks przewidywałem, że to jest rzecz, w której będę czuł się najlepiej. To trochę jak z moim hakiem, nad którym pracowałem latami. Wiedziałem, że będzie to mój największy atut, jeśli doprowadzę go do perfekcji. To samo dotyczyło wizji budowania organizacji” – wspominał Boryla w wywiadzie dla „Denver Post” w 2012 roku.
Pierwszą miejscem pracy Boryli była (oczywiście) organizacja New York Knicks. Ten krótki epizod pozostawił wątpliwości co do umiejętności VB. To spowodowało, że wycofał się z zawodowej koszykówki. Swoje marzenia o budowaniu idealnej organizacji przeniósł na biznes i po ucieczce z Nowego Jorku do Kolorado stał się prominentnym biznesmenem wspierającym na odległość koszykówkę w Denver.

Jednak ciągnie wilka do lasu. W maju 1984 roku Vince Boryla otrzymał posadę generalnego menadżera Denver Nuggets. Część opinii publicznej spodziewała się podobnego rozwoju spraw jak ponad 20 lat wcześniej, ale sukces w biznesie prowokował pytanie: „A co, jeśli ten facet się czegoś nauczył?”.

Nie tylko nauczył się, ale również przestał być ostrożny i zachowawczy. Ta szkoła ryzyka na pewno wzięła się z biznesu. Jego pierwszą decyzją po objęciu funkcji był głośny transfer z Blazers, który początkowo podawał w wątpliwość rozsądek nowego menadżera Nuggets. Gwiazda Samorodków, Kiki Vandeweghe, została oddana za Wayne’a Coopera, Fata Levera, Calvina Natta i dwa wybory w draftach 1984 i 1985.

Vandeweghe (obecnie wiceprezydent do spraw koszykarskich NBA) był wtedy po czterech sezonach w lidze i po raz drugi z rzędu został wybrany do Meczu Gwiazd. Rozgrywał swój najlepszy sezon w karierze, więc grupa nowo przybyłych graczy miała nigdy nie dać drużynie tyle, ile dawał Kiki. Stało się inaczej. Kiki grał dobrze, jednak nie był to ten poziom. Po trzech sezonach Blazers oddali go do Knicks.

źródło: New York Times

Cooper, Lever i Natt stali się najważniejszymi czynnikami w tzw. drugiej złotej erze Nuggets. W pierwszym sezonie po głośnej wymianie wygrali 52 mecze i przeszli przez play-offy jak burza. Ich sny o finale NBA przekreślili Los Angeles Lakers.

Boryla za swój wręcz kaskaderski wyczyn w sezonie 1984/85 otrzymał nagrodę Executive of the Year. Pokazało to, jak bardzo w ocenie jego poczynań mylili się ówcześni eksperci. A trzeba wspomnieć, że poprzeczka po poprzednim GM-ie Nuggets (Carlu Sheerze) była zawieszona naprawdę wysoko. Nie tylko w kontekście ludzi, ale również sposobu pracy, które za czasów Boryli zmieniły się o 180 stopni.

Współpraca z Nuggets trwała do 1987 roku. VB opuścił stanowisko i nie wrócił już do pracy w żadnej organizacji. Biuro w McNichols Sports Arena zamienił na stare śmiecie, czyli handel nieruchomościami. Po cichu dalej udzielał się jako mecenas sportu w Kolorado.

Vince Boryla zmarł 27 marca 2016 roku. Miał 89 lat.|

Tekst ukazał się w magazynie Magic Basketball (#3). Publikacja za zgodą redakcji.

Przerwa na Żądanie EXTRA (14.11.2019)

Kamil Łączyński zaprasza na najnowszą Przerwę na Żądanie EXTRA! Wspólnie z Michałem Górnym i Maćkiem Kwiatkowski rozmawialiśmy m.in o tym czy load management powinien zostać zakazany podczas meczów w ESPN/TNT. Sprawdziliśmy też ile prawdy jest w słowach Giannisa Antetokounmpo, który powiedział, że może być jeszcze lepszy. Potem przeszliśmy do kontuzji, a na koniec części zasadniczej wybraliśmy się do San Antonio przy okazji zastrzeżenia numery Tony’ego Parkera.

Drugą część podcastu spędziliśmy na obszernych Plusach i Minusach, a na koniec wybraliśmy się do Madison Square Garden. Z jednej strony porozmawialiśmy o dzisiejszym powrocie Kristapsa Porzingisa, a z drugiej o samych Knicks i tym co dzieje się teraz w nowojorskiej drużynie.

Rozpiska podcastu 14.11.2019:

2:07 Load management, a mecze w ESPN/TNT

11:03 Giannis Antetokounmpo może być jeszcze dużo lepszy

16:45 Kontuzje Gordona Haywarda i De’Aarona Foxa

22:43 Stephen Curry chce jeszcze zagrać w tym sezonie – dobry pomysł czy zły pomysł?

24:38 Pożegnanie Tony’ego Parkera

28:30 Plusy i Minusy 29…

56:53 Najbardziej czekam na… powrót Porzingisa do Madison Square Garden i sytuacja New York Knicks

 

Prowadzący: Bartosz Tomczak

Tissot T-Touch Solar Expert NBA Edition!

Tissot T-Touch Expert Solar

Zegarki od Tissot kojarzą się z tradycyjnymi mechanizmami bez wszechobecnej elektroniki i tego typu dodatków. Jednak jest jeden model, który lamie ten stereotyp- Tissot T-Touch Expert Solar!

Za tą długą i skomplikowaną nazwą stoi połączenie tradycyjnego mechanizmu z elektroniką połączoną z małym zestawem minipaneli słonecznych. Dzięki temu prócz dokładnego czasu jesteśmy w stanie zmierzyć i dowiedzieć się o wielu rzeczach nie tylko związanych z czasem samym w sobie.

Gdybym miał go w liceum, pewnie szybciej poszedłby mi bieg na orientację na zaliczeniu przysposobienia obronnego, bo jedną z funkcji Tissot T-Touch Expert Solar jest kompas, który obok pokazywania stron świata to dodatkowo można nastawić utrzymanie kierunku wędrówki. Idziesz zgodnie ze szlakiem, zegarek zaczyna Cię informować odpowiednim zestawem komunikatów dźwiękowych.

 

Gdybym miał go w podstawówce, nie musiałbym zapisywać z kolegą na asfalcie czasów okrążenia Tour De Osiedle. Zmierzyłbym to i po wszystkim powiedział, jakie było najszybsze a jakie najwolniejsze okrążenie, bo to też jedna z funkcji T-TES. Chociaż może to lepiej, że nie miałem wtedy do dyspozycji takiego zegarka…

Kończąc ten wątpliwej jakości stand-up to Tissot T-Touch Expert Solar to zegarek pełen nowoczesnej technologii w trwałym opakowaniu. Oprócz podstawowych funkcji pomiaru czasu (stoper, minutnik, sekundnik) T-TES wyposażony jest w kompas, wysokościomierz z możliwością mierzenia różnic wysokości np. podczas górskiej wędrówki w zadanym czasie.

T-Touch Expert Solar również potrafi wskazywać ciśnienie oraz informować o zmianie pogody na podstawie zmian ciśnienia atmosferycznego. Zmiany są obrazowane przez przesunięcie się wskazówek w lewo lub w prawo od godziny dwunastej. Jeśli wskazówki przesuwają się w lewo, to znaczy, że pogoda się pogorszy. Natomiast jeśli wskazówki są po prawej stronie, powinniśmy spodziewać się poprawy pogody.

 

„Tyle funkcji więc jak trzeba tym sterować skoro na zdjęciu widać tylko trzy klawisze?

Projektanci z Tissot przeszli samych siebie i zastosowali szkło odporne na zarysowania, jakie np. występuje w Tissot Chrono XL NBA Collector z dodatkową funkcją dotykową! Wystarczy dotknąć palcem w odpowiednie miejsce na tarczy T-Touch Expert Solar i możemy wywoływać funkcje czy też grzebać w przeróżnych ustawieniach, jak na przykład ustawienia drugiej strefy czasowej i to która z nich ma być traktowana jako czas aktualnie używany.

Technologiczną wisienką na torcie (a może lepiej powiedzieć złotem na krzemie) jest mały zespół paneli słonecznych gwarantujących ładowanie baterii T-Touch Expert Solar. Jednak do sprawnego działania tego zegarka nie potrzebujemy światła słonecznego. Jak zapewnia Tissot przez rok T-TES może działać bez światła słonecznego. A nawet jeśli całkowicie rozładuje się bateria i nie będziemy mogli wykorzystywać funkcji elektronicznego serca T-TES (jak np. podświetlenie) to będziemy mogli dalej korzystać z niego jak ze zwykłego wskazówkowego zegarka. Ba! Nawet będziemy mogli odczytać godzinę w ciemności, bo wskazówki, jak również godziny na tarczy zegarka są fluorescencyjne.

Całość domyka koperta wykonana z tytanu w kolorze różowego złota. Tytan i szkło z szafiru gwarantują wytrzymałość podczas ekstremalnych wycieczek w górach czy na wodzie (funkcja regat).

Wiadomo, prawdziwy kibic NBA nie będzie patrzył nawet na dotykowe szkiełko czy baterię słoneczną. Nie zadziwi go nawet tryb serwisowy, gdzie jak się okazuje znaleźć czujnik temperatury. Na pewno zwróci uwagę na grawerunek loga najlepszej ligi świata, której oficjalnym chronometrażystą jest oczywiście Tissot.

Więcej informacji na temat Tissot T-Touch Solar Expert znajdziecie pod tym linkiem!